piątek, 29 kwietnia 2011

Poza kolejnością - na gorąco - Dzień 9












Jesteśmy po niezłej przygodzie. Jeśli można to tak nazwać. Kupiliśmy bilety na autobus typu sleeping bus. Mieliśmy nim przejechać 1500 km. Postanowiliśmy jechać na południe i później wracać przez Kambodżę i Laos na północ. Czekaliśmy na autobus 6 godzin. Kosztował 40 dolarów od osoby. Bardzo mądrze, bo dopiero po kupieniu biletów sprawdziliśmy w internecie przewoźnika. Ludzie nie pisali o nim za dobrze – można wręcz powiedzieć, że bardzo źle…



Przyjechał po nas o 21.30. Otworzyły się drzwi i zobaczyliśmy pełen autobus ludzi. Wietnamczycy spali wszędzie, na sobie, na leżankach, na podłodze. Wszędzie. Zrzucili trzech na podłogę i zrobili nam miejsce. A my idioci wsiedliśmy. My z przodu, Wojtek na samym końcu w drugiej części autobusu. Ja miałam najgorsze miejsce na przodzie z widokiem na drogę, na górze (autobus był piętrowy). Masakra. Toaleta nie działała, a i tak nie było jak do niej dojść – trzeba by było skakać po Wietnamczykach. Koszmar. Kierowca jechał cały czas pod prąd wyprzedzając inne pojazdy. Ciągle jechał na czołowe. Trąbił i jechał. Prawo Wietnamu: większy ma pierwszeństwo. Skutery biegiem uciekały na bok, a my o milimetry je mijaliśmy. I tak miało być całą noc, a dokładnie 38 godzin. Tak jak nigdy się nie boje jazdy, tak myślałam, ze serce mi wyskoczy. Tylko złe myśli przychodziły mi do głowy. Nie byłam w stanie zamkąć oczu. Hamowałam razem z kierowcą. Koszmar. Paweł leżał na dole, pode mną. Nie widział drogi, ale za to Wietnamczyk trzymał mu nogi na twarzy. Wojtek miał pół miejsca na końcu autobusu z podkurczonymi nogami i sufitem 30 cm od głowy. Nagle zatrzymaliśmy się, bo był straszny korek na "autostradzie". Wypadek. Stanie na kilka godzin pewnie. Zapytałam nieśmiało Pawła czy wysiadamy. W dwie minuty podjęliśmy decyzje, ze tak. Wyskoczyliśmy po Wietnamczykach z autobusu, wszyscy patrzyli na nas jak na wariatów. Paweł pobiegł po bagaże a ja do tyłu żeby otworzyli drugie drzwi autobusu gdzie był Wojtek. Nie chcieli otworzyć. Krzyczałam „open the door”. Mnóstwo Wietnamczyków stało na drodze, śmiało się, zaczepiało mnie i patrzyło na mnie jak na wariatkę. Latałam dookoła autobusu i krzyczałam. Otworzyli, wpadłam tam, zlokalizowałam Wojtka wzrokiem i krzyknęłam „wysiadamy”. Rozczochrany, przerażony zerwał się bez pytań i po Wietnamczykach w nogi. W tym czasie ja pobiegłam do Pawła, a drzwi autobusu się zamknęły. Wracam i widzę Wojtka szarpiącego się z drzwiami, a autobus rusza. Ja wiszę z jednej strony drzwi, Wojtek je wyważa z drugiej. Otworzyły się, wywaliliśmy rzeczy na bok. Ciemno jak w d…e. Z trzęsącymi się nogami zaczęliśmy iść, opowiadając sobie wrażenia z autobusu. Była 12 w nocy. Doszliśmy do jakiegoś hotelu i prosimy o taksówkę a gość na to, że nie ma. Chciał żebyśmy spali u niego. No to my w nogi. Postanowiliśmy wrócić do hotelu gościa gdzie kupiliśmy bilet. Zatrzymujemy taksówkę, rozwścieczony kierowca, mówi, że go nie rozumiemy, podaje nam cenę (piąty raz) po wietnamsku. Łapiemy busa, ustalamy cenę, wsiadamy. Jest dwóch gości. Drugi- nie kierowca - podejrzany. Szpony ma jak szakal, podejrzanie się uśmiecha i patrzy na mnie, cały czas coś gadając. My mówimy "Ninh Binh", a on "Ha Noi". Pokazuje na mnie i coś gada. Dziwnie jak dziecko chowa się za fotel. Znowu się wychyla jednym okiem i uśmiecha. Pyta nas coś po Wietnamsku pokazując na mnie. No to sobie myślę – świetnie wywiozą nas. Pytam Pawła czy ma w ręku gaz. Ma. Wojtek ma w ręku nóż. A jednak dowożą na do Ninh Binh. Biorą trzy razy więcej niż myśleliśmy. Idziemy do hotelu gdzie kupiliśmy bilety. Otwiera nam zaspany Wietnamczyk, ni w ząb po angielsku. Nie ma tego co nam sprzedał bilet ale dzwonią po niego. Przyjeżdża wściekły i zaspany na motorze. Kłócimy się godzinę i chcemy zwrot pieniędzy. Twierdzi, że w autobusie było wszystko ok. Po godzinnych pertraktacjach proponuje zwrot połowy i darmowy nocleg. Kasę ma oddać jutro. Ciekawe. No i właśnie leżymy w tym hotelu. Przy drzwiach zbudowaliśmy mnóstwo zasadzek. Nikt do nas nie wejdzie. Jaka szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęć w autobusie :(
Ech, Azja.

A może by tak do Francji na kilka dni?

Jak stać się rasistą? – przyjechać na tydzień do Wietnamu.
Dobranoc. U nas już 3 am.

1 komentarz:

  1. najważniejsze, że nic wam się nie stało! uważajcie na siebie

    OdpowiedzUsuń